Pobudka przed piątą rano, bo pierwsze wejście na antenę TVP2 już chwilę po 7.00. Czujemy się ogromnie zmęczeni pełnią zimowego sezonu i marzy nam się długi, spokojny sen. Ekipa telewizyjna nie ma litości i puka do naszych drzwi chwilę przed czasem. Dla nich to codzienność, dla nas wielki stres. Próbujemy się jakoś zmobilizować i zebrać do psów. Grzegorz ogarnia wiecznie wygłodniałe, lekko zdezorientowane porą karmienia stado psów na biegunach, ja próbuję zrobić się na przysłowiowe bóstwo, ale ostatczenie robię tylko kawę mówiąc sobie w duchu - bądż sobą i będzie okej.
W między czasie dołącza do nas Bartek. Chłopak jak zawsze pozytywnie nastawiony do działania, tętniący niezdrową jak na tę porę dnia energią, pomaga przygotować sprzęt i psy. Niecałą godzinę później zwarci i gotowi czakamy w umówionym punkcie na panią reżyser. Maria to świetna babka, która doskonale potrafi rozładować atmosferę na planie no i co najważniejsze na zabój kocha psy. "Wasze futrzaki pachną masłem" krzyczy pełna entuzjazmu tuląc łeb Kamyka do ponętnej piersi, a ja postanawiam zapamiętać to stwierdzenie, bo najlepiej z wszystkich zasłyszanych dotychczas opisuje słodki zapach naszych psów.
Kiedy my stremowani nagrywamy materiał z jazdy zaprzęgiem na planie robi się ogromny tłum; jeden pan operator, drugi pan operator, trzeci pan operator, pan asystent operatora jeden,drugi, trzeci, pan fotograf pan od dzięku, pan od światła, pani od make-up'u, pani kucharz, pan kucharz, pani pogodynka, pani prowadząca, pan klient, pani klient i tu straciłam rachubę kim jest ta miła pani i ten tu obok pan.
Psiaki zadowolone po pokazowej przejażdżce proszą o więcej, kiedy przychodzi czas na pierwszy live. "30 sekund i wchodzimy" krzyczy ktoś zza kamery, ja układam w myślach spontaniczną odpowiedź, Grzegorz blady jak śnieg pokornie poddaje się makijażystce podsuwając grzecznie nos pod pędzelek z pudrem. Uśmiecham się nieśmiało i chwalę w duchu, bo znam już dobrze chłopaka i widzę w jego oczach strach.
Pierwsze wejście okazuje się najtrudniejsze, bo nikt nie wie czego sie spodziewać. W drugim czujemy się już spokojniej, w trzecim zrywamy boki, kiedy nasz pies próbuje zdominować pogodynkę. Wszystkim podoba się to, jak odnajdujemy się w nowej sytuacji, jak opowiadamy o naszej pasji, o dogoterapii i planach, by jechać z psami w świat. W sumie my też czujemy satysfakcję, że potrafiliśmy być sobą mimo stresu, reflektorów i kamer. Dobrze jest dzielić się tym, co razem stworzyliśmy w miejscu, które i tak trzeba zobaczyć na żywo, bo piękna Podwilka i psiej eneregii nie jest w stanie oddać nawet najprawdziwszy live.