Jak to zwykle bywa, muszę zaniemóc, by powrócić do pisania. Leżę więc pod kołderką z Tuptusia, popijam herbatkę z lipy, uwalniam opary z czosnku i nadrabiam rozpędzony czas. Bardzo mi tego brakowało, tak sobie myślę. I choć nie zaniedbuję autoterapii, to jednak pisanie jest jedną z moich ulubionych form transportu w głąb siebie, poza psim zaprzęgiem oczywiście. Od ostatniego wpisu nie zmieniło się może zbyt wiele na zewnątrz, ale w środeczku przeszłam małą transformację.
Kilka tygodni temu odkryłam pewną panią, youtuberkę, której głos wpadł mi w ucho, której spojrzenie było jasne i szczere, której dobre intencje zaczęły rezonować z moją świadomością i moim umysłem. Usiadłam w ciszy z Fredką przy sercu i zaczęłam medytować. Na chwilę udało się nawet zignorować myśli i pozwolić im przepływać nade mną niczym chmury. Na moment nawet udało się uspokoić oddech i wyciszyć serce. Na kilka sekund nawet straciłam poczucie czasu, co było najwspanialsze w tej mikro podróży do wewnątrz. Otworzyłam oczy i pomyślałam – wow, czemu wcześniej ćwicząc jogę, modląc się, spacerując, nie medytowałam?
Kojące milczenie przerywa skowyt psów.
Otwieram drewnianą furtkę na skobelek i wchodzę w sam środek amoku i furii. Psy na biegunach szaleją na widok mój, wiaderka wypchanego po brzegi purpurowym mięsem, na widok każdego ruchu i gestu. Im bliżej jestem kojców, tym większy huk, trzask, prask. Nasze psy, choć przedstawiam je jako spokojne i ułożone, też mają swoje słabości. Na widok jedzenia pieją jak koguty, na widok szelek skaczą jak małpy, na sygnał „go” wyją jak syreny. Szczeniaki szybko uczą się od starszych i choć ich głód zapewne nie jest tak silny jak biegającej intensywnie brygady, to drą się w niebo głosy, bo skoro oni to i my. Karmimy pieski jak na czas, jakby tykająca bomba za chwilę miała wybuchnąć i zmieść nas wszystkich z tego nędznego padołu. Ręce choć wprawione drżą, głos choć silny ginie we wrzasku wygłodniałego stada. Miski tańczą na oblodzonej drewnianej podłodze, jęzory dokładnie wylizują resztki karmy i pyszczki sąsiadów. W stadzie nic się nie zmarnuje, zanim hołota wyskoczy na wybieg, psia zastawa musli lśnić. Po kolacji ginie najmniejszy ślad.
Nastaje upragniona cisza i choć w niczym nie przypomina tej w stanie medytacji ma swoją nieocenioną moc.