Kilka lat temu On zabrał mnie na wieczorny spacer po łąkach, pod niebem w koronkach z gwiazd. Szliśmy w milczeniu wsłuchując się w każdy nocy szept. To musiał być czerwiec, może maj, bo robaczki świętojańskie lekko oświetlały nieznany wtedy jeszcze dla mnie szlak. Stanęliśmy na wzgórzu z widokiem na całą wieś. On wymarzony, wyczekany, wyśniony, ja niepewna, niezdarna, nieśmiała. Noc jedna z tych, które wracają na zawołanie, obraz wyraźny każdej z najkrótszych chwil, dźwięk niewypowiedzianych słów. W to miejsce wracałam jeszcze wiele razy, potem sama, kiedyś z Nim. Mam stamtąd milion wspomnień, setki zdjęć. Z psami, z sarenkami, samotnie, z kimś. Tam pierwszy raz podglądaliśmy rykowisko, tam darłam się w niebo głosy kiedy padł strzał. On, ona i ja skryliśmy się w kapliczce przytuleni do siebie i obrazu świętych, przerażeni, że Ci co z zimną krwią zabili jelenia, mogą też zabić nas.
Kapliczki nie widziałam tamtej nocy, bo niebo czarne było jak węgiel, a łuna świetlików mizerna. Chodziliśmy tam potem ranka każdego z psami dwoma odmawiać modlitwę. To była nasza recepta na miłość. Wszędzie razem, ramię w ramię, postój na wzgórzu, wieś u stóp, „Ojcze nasz… ”
A później odwiedzałam to miejsce w towarzystwie siostry pustki z dwoma psami u boku, targana ze wschodu na zachód, rozrywana na wietrze, czasem z parasolką, czasem w czapce, czasem bez sensu. Widok niby ten sam, czy nocą czy w dzień. Zagubiona łania, świętojański robaczek jasny jak brzask. Gdzieś w grząskich polach ciągle odciśnięty Jego głęboki ślad. Kapliczka niewzruszona, niebo niewzburzone, pocałunki zgasły, uściski zamilkły, po spojrzeniach spłynęła łza.
Aromat drożdżowego ciasta unosi się od progu. Karku chylimy na powitanie, buty zrzucamy głodni, na jej twarzy uśmiech szczery jak oczy psa. Babcia drzwi szeroko otwiera, serce jeszcze szerzej i już w kuchni pęka flaszka domowej nalewki, zamiast gorzkich łez w końcu w lutym maj. Nowe życie wygrałam, myślę sobie, drugą szansę dostałam, dudni w głowie, dziękuję Ci „Ojcze nasz…” . Czuję na kościstym kolanie Jego dłoń, w ustach smak rogalika z serem, Babci dar pichcenia przyciąga jak czarna derka białą sierść. Rozmawiamy o życiu, wspominamy mężów świętej pamięci, z tym że Ona ma osiemdziesiąt cztery, a ja trzydzieści pięć lat. Całe życie przed Wami – mówi, wszystko można zacząć od nowa, a Jemu tak z oczu dobrze patrzy, możecie psy hodować i konie kraść. Zdradzę Wam tylko receptę na miłość – nie wszystko widzieć, czegoś nie dosłyszeć i można wtedy bez szwanku w codzienność gnać. Babcia wspomina męża, co własnym rękami dom stawiał z ośmiu drzew, co przed Niemcami uciekał, kiedy wieś w żywym ogniu stanęła, a my zerkamy na siebie zawstydzeni, że o życiu nie wiemy nic. Tu była kiedyś Słowacja, tu gdzie teraz siedzimy i zagryzamy cierpką wódkę rogalami rumianymi jak z brązu figurka. Podziwiam w zadumie babciną podomkę, okruchy na fartuszku, dłonie styrane trudem tylu lat.
Wracamy do domu za rękę pod niebem z granatu w milczeniu i świetle czołówek. Do kapliczki daleko, za zimno na świerszcze, w ustach smak recepty na miłość, na ganku czeka konewka i pies.