Awaria

13 January, 2019 admin

Wieczór sylwestrowy spędzam w szpitalu. W poczekalni, w rejestracji, w mrocznej metalowej windzie, w której brakuje przycisku „na tamten świat”, w kolejce, wśród połamanych, podłamanych, chorych i cierpiących, przy nadziei, bez nadziei. Odsyłają mnie całe szczęście na tyle szybko, że zdążam jeszcze zanurzyć wargi w ruskim szampanie. Po powrocie do domu trzęsę pidżamą nad psami, bo jak któryś padnie na zawał od razu z nim padam ja. Najgorzej cały ten nieuzasadniony huk znosi mały Tuptuś, który azylu szuka w tunelu utuptanym z puchowej kołdry. Salomka z Odi w panice lądują we wspólnej budzie. W normalnych okolicznościach jedna chwyciłaby za gardło drugą, ale w sytuacji kryzysowej przyjacielem okazuje się największy wróg. Przyklejam nieśmiało zasmarkany nos do lodowatej szyby i podglądam, jak chłopcy dzielnie bawią się z alaskankami ignorując atak bombowców.

Nigdy nie lubiłam Sylwestrów, tym bardziej nie polubię ich teraz ze względu na stres jaki przechodzą psy. Przez kilka nocy na niebie świrują srebrzyste palemki, aż w końcu w ciszy, w spokoju, bez zadęcia, przychodzi nowy rok. Nie robię żadnych postanowień, list życzeń i marzeń, nie planuję przytyć, ani tym bardziej schudnąć, nie mam w planach zacząć palić, albo przestać pić. Nie narzucam sobie planu treningowego, ani nie układam przy łóżku piramidy z książek do przeczytania, nie ma na mapie takiego miejsca, które muszę odwiedzić zanim minie kolejnych 365 dni.

Między postanawianiem o nie postanawianiu, a borykaniem się z kolejnymi psikusami opatrzności spada na nas lawina klientów i śniegu. Niby jedno z drugim idzie w parze zgodnie, jak Kora i Alf, ale jednak to drugie przerasta nawet rozhulane wyobrażenia o zimie w Podwilku. Z resztą ta najpiękniejsza pora roku postanawia uprzykrzyć życie nie tylko psom na biegunach ale i ich przecierającym z niedowierzania oczy właścicielom. Cała bajeczna kraina zwana Podhalem i Orawą w kilka godzin, a następnie kilka dni, zmienia się w istny koszmar. Odcięci od świata zaczynamy ciskać słowami w to białe piiiii. Jedno auto ląduje w rowie, drugie odmawia startu. Przyczepa utyka w grząskim śniegu, psy zapadają się w zaspach, łopaty łamią się jak zapałki, mnie łamie w krzyżach. Wymodlona aura staje się przekleństwem. Rozkładamy ręce z bezsilności, ja płaczę, bo czemu nie.

Po dwóch tygodniach pozornego spokoju znów trafiam na oddział. Aż dziw, że mnie jeszcze tu nie witają po imieniu. Zgrywam twardzielkę, przeczesuję zawadiacko blond grzywę, bo przecież zdrowa jestem jak koń. Całkiem dobrze idzie mi udawanie bohaterki, aż do momentu kiedy pada pytanie, gdzie jest mąż. W kartotece ciągle widnieje numer telefonu Jakuba, którego należy niezwłocznie poinformować, kiedy pogorszy się mój stan. Ale czy może być gorzej? I czy już należy poruszyć niebo? Pielęgniarka w landrynkowym mundurku pociesza mnie nieudolnie, nasze szklane oczy spotyka wspólny los.

Leżę na twardym, jak tektura prześcieradle oznaczona banderolą z kodem kreskowym i QR. Skomputeryzowny system gryzie się z telewizją na monety i przyklejoną do metalowej skarbonki karteczką „awaria”. Z okna mam zbyt piękny jak na okoliczności widok – Tatry i biała tafla lotniska. Stamtąd przychodzi sygnał pocieszenia. Odbieram telefon, a w słuchawce słyszę : „gee Kailan, gee! ” . Kiedy ja leżę w papierowej pościeli z wenflonem w żyle Grześ, Bartek, Filip i psy na biegunach inaugurują ferie na Podhalu. Dobrze, że tego nie odwołaliśmy, myślę sobie, beze mnie też jakoś musi się kręcić świat. Nie ma czasu na chorowanie, mówi Grześ, za chwilę zabieram Cię do domu. Ok, czemu nie? Bez względu na to, czy i kiedy uda się zrealizować nasz niecny plan, postanawiam się pozbierać i skończyć lawinę awarii. Już starczy, już dość. To samo podpowiada ekran komputera dyżurnej pielęgniarki, na którym spod wyników badań przebija pasjans i zielony baner – level completed.

  • Psia ciąża
  • Psie zaprzęgi - treningi i szczeniaki
  • Nasze słodkie szczeniaczki
  • MAMY PARTNERA
  • Kulig z psami, czy zaprzęg z psami?  
  • Zadzwoń i zarezerwuj Zadzwoń i zarezerwuj +48 608-640-446