Nieświęta

25 December, 2018 admin

W grudniowym amoku ciężko o czas, a co dopiero o natchnienie. Długo wpatruję się w czysty, jak świąteczne okna i biały, jak karta papieru monitor, zanim wystukam ciężkich kilka zdań. Mam w końcu swoje upragnione miejsce do pisania. Biureczko na stalowych nóżkach, falujące pagórki za oknem, pomrukujące psy na biegunach, trzask palonego drewna.

Kilka dni temu przyszedł halny, a z nim wierny kumpel – deszcz. Ciężki i wredny. Topi najpiękniejszą, świąteczną dekorację, jaką jest śnieg, zmywa pragnienia o przejażdżkach psim zaprzęgiem w bitej śmietanie. Utraconą słodycz rekompensuje wilgotny i kruchy makowiec, zwany tutaj sulką. Zarówno sulka, jak i najlepsza pod słońcem cytrynówka pochodzą z przepisów naszej sąsiadki. Pani Teresa cierpi na poważną chorobę oczu, w dzieciństwie straciła mamę. Od kilku lat nie żyje jej mąż, urodziła dziewięć córek, a żyje tak intensywnie, pracuje tak ciężko, gania z laseczką po oblodzonych dróżkach i piecze tak wyśmienicie, jakby nie istniał czas. Moja mama też ma na imię Teresa, ale może to mały przypadek, zbieg okoliczności, albo jeszcze coś.

Podczas pewnego, nostalgicznego wieczoru słuchamy podwilczańskich legend, niezwykłych historii, mrożących krew w żyłach opowieści. Jak każda wieś Podwilk ma swoje dobre dzieje i złe. Tu prawie wszyscy są ze sobą jakoś spokrewnieni, połączeni, mają wspólnych pradziadów, nieżyjące ciotki, dzielą ziemię, jakiś los. Nasze tereny zamieszkiwały kiedyś rody szlacheckie. To byli prawi ludzie, mówią sąsiedzi, dlatego pewnie do dziś w powietrzu unosi się taka aura, a ściany stodoły otula życzliwy wiatr. Czasami podczas tych miłych, zakrapianych tradycyjnym humorem spotkań, zastanawiam się, czy moi sąsiedzi wiedzą, czym w niedalekiej przeszłości naznaczyła mnie opatrzność. Jestem im wdzięczna, że nie pytają, nie wnikają, że nie padają pytania, na które sama nie znam przecież odpowiedzi.

Między ciszą a czasem, między porzuconymi myślami i klawiaturą, rozkłada mnie przeziębienie, co nie zwalnia niestety ze służbowych obowiązków. Turyści zabijają się w korkach o ten wyjątkowy, magiczny, rodzinny, bo najdroższy w sezonie czas, a Górale zacierają skórzane rękawiczki i wyprawiane skórki. Od dłuższego czasu obserwuję fenomen podhalańskich kurortów i zadziwia mnie, z jaką pasją urlopowicze wydają każdy zarobiony grosz. Pensjonaty, hotele, apartamenty pękają od środka i dudnią od zewnątrz. Ja pękam ze wzruszenia. Całe szczęście nie wzrusza mnie szalejący po hotelowych szlakach tłum, tylko ryś, którego widzę pierwszy raz w życiu, a który postanawia zrobić mi wielką przyjemność przeskakując drogę w technice slow motion. Na tej samej drodze do domu widuję jeszcze cztery sarenki i kilka zajęcy. Mam nadzieję, że przetrwają czas pichcenia i sokole oko kłusowników.

Śnieg zaszczyca nas swoją obecnością. W Wigilię Bożego Narodzenia. W końcu. Wyczekany jak zawsze, cieszy jak pierwszy. Psy na biegunach szaleją z radości, brykają jak źrebaki, tarzają się bezwstydnie ukazując światu swoje różowe, białe, szare i w cętki brzuszki. Nawet te, których tylko jasna końcówka ogona zdradza pokrewieństwo z syberian husky, nawet te, których matka natura nie obdarzyła gęstym, jak ciasto drożdżowe futrem nie potrafią opanować euforii na widok mlecznej masy.

Święta rozpoczynam wśród zakopiańskiego zgiełku. Pierwszy raz w życiu pracuję, by inni mogli świętować. Nie mam im tego za złe, obserwuję tylko zza winkla, albo zza obiektywu zbyt ciężkiej, jak na moje osaczone napięciem plecy lustrzanki. Osłoniętym grubą czapą śniegu, niezawodnym, dwunastoletnim autem mijam najnowsze hybrydy samochodów i ludzi. W witrynach restauracji migoczą pizze popijane szampanem, kotleciki z baraniny w niestrawnym sosie. Ekrany smartfonów wchłaniają w swoją cyber pamięć obrazy, których jak wolałabym nie pamiętać. Ściska mnie w dołku na myśl o tym, jak w jednym z najbardziej tradycyjnych regionów Polski gubi się tradycja tych dni. Odczuwam tak ogromną tęsknotę za Bogiem, że zaczynam głośno się modlić, ale ciężko nawet tym zagłuszyć ogarniający z każdej strony nowy wizerunek świąt.

Czerwony barszczyk z uszkiem i ceglasty domek koją skołatane serce. Surowy klimat Orawy rozwiewa smutek i żal. Najłagodniejsze na świecie pyszczki psów i najszczersze z możliwych oczy bratniej duszy prześwietlają mój wewnętrzny korytarz. Boże, jak bardzo Ci dziękuję za ten dom, za dobrych ludzi, za najcudowniejszy z możliwy, miękki jak owieczka krajobraz, za te stworzenia i ich wielkie jak glob serca.

Wiem, że krótkim opisem swoich spostrzeżeń i słonymi, jak śledzik policzkami nie zmienię świata, ale tak, jak wierzę w Boże Narodzenie, wierzę, że kogoś ruszy, kogoś wzruszy, kogoś tknie.

  • Psia ciąża
  • Psie zaprzęgi - treningi i szczeniaki
  • Nasze słodkie szczeniaczki
  • MAMY PARTNERA
  • Kulig z psami, czy zaprzęg z psami?  
  • Zadzwoń i zarezerwuj Zadzwoń i zarezerwuj +48 608-640-446