Na drewnianej, starej jak świat, podłodze leżą trzydzieści cztery paczki z Ikei i pewnie mają niezły ubaw widząc nasze przerażenie. Ikea jest super, wie o tym każdy, kto choć raz wybrał się tam na zakupy, wypchał drobiazgami, stoliczkami, lampionikami za jedyne 4,99 błękitną i wielką, jak ocean torbę, a ostatecznie stanął jak wryty przy kasie modląc się, by w panice nie zapomnieć czterech cyferek układających się zgrabnie w PIN. Ikea jest super, zwłaszcza jak po kilkugodzinnym, niedzielnym spacerze w oparach potu można odetchnąć w przydługiej kolejce z cieknącą ślinką na widok brązowych, jak psia kupka pulpecików w towarzystwie pluszowego puree. Do Ikei jedzie się trochę jak do rodziny na święta, z wyobrażeniem idealnym, listą życzeń i marzeń, z planami na przyszłość i nowy salon, z pragnieniem nowej sofy, która przecież może zmienić cały świat. Do Ikei wchodzi się z głową pełną pomysłów i nadziei, z tęsknotą za ciepłem rodzinnego domu, z wielką wiarą w siebie i mocą podejmowania dojrzałych decyzji. W końcu, jak się wie, jaką chce się mieć kuchnię, to już przecież coś. Wchodząc przez obrotowe drzwi i zostawiając za sobą szaro-bury świat w oczy od razu kłuje zaaranżowany pięknie święty spokój, beztroska, żurnalowa rodzinka, designerskie krzesło, dziecięcy pokoik w ferii barw. Istna radość, zero trosk. Spacerując alejkami między pachnącymi skandynawską nowością meblami, można się zatracić, można dać się ponieść melancholii, albo wielkiej euforii na widok najtańszej z lamp. Można spacerować za rękę albo gęsiego, jeśli akurat, czyli właściwie zawsze, nie pozwala na romantyczny spacer spragniony konsumpcji dziki tłum. Jak miło położyć zmęczoną wizjami nowego wnętrza głowę na sprężystym jak guma balonowa materacu, który uzdrowi każde plecy i każde małżeństwo. Cudownie jest wtulić ramiona w aksamitny fotel i zmrużyć na chwilę powieki niczym podczas popołudniowej drzemki przy kominku. Przy odrobinie wyobraźni i odporności na otaczający zgiełk można nawet uwierzyć, że taki fotel jest w stanie otulić nas czymś, czego szukamy od lat. Och jaki piękny jest ten nie nasz świat, ten na wyciągnięcie ręki, albo kredytowej karty. Pakujemy więc co się da, na co nas tylko stać i układamy na metalowych wózkach po sufit auta, po czubek głowy, po horyzont. Przewijamy się przez strefę porządku, kontrolowanego nieładu i pozornego absolutu i wędrujemy grzecznie po strzałach do celu, do kas.
Czasami wreszcie spełnieni, czasami z niedosytem zostawiamy w końcu gdzieś w tyle błękitno żółte magiczne chwile, jak zostawia się rodzinny dom. Idziemy grzecznie w wyznaczonym kierunku bogatsi o nowe wizje, szafę, szorstki jak wąs taty dywan i miękki jak włosy mamy pled. Z otchłani odhaczonych marzeń wyrywa nas niepokój i trzask. Ktoś nerwowo uderza drzwiami, ktoś krzyczy na kogoś innego, że kładzie święty karton wspak. Ktoś komuś zastawił drogie auto, ktoś czerwony ze złości jak ketchup z hot-doga krzyczy na dziecko, które jeszcze nie wie, co to Ikea Family.
Siedzimy zdyszani w busie w kolorze owoców dzikiej róży popijając kawę tanią jak barszcz. Ja przyglądam się eleganckiej, zadbanej kobiecie w kaszmirowym płaszczu, jej niesamowicie alabastrowym policzkom, kiedy zauważam, że po jednym spływa perłowa łza. Jej przystojny jak aktor filmowy mąż między kartonami i lampami wierzga się jak dziki koń. Coś mruczy pod nosem, coś szepcze złośliwe, że ona zawsze wie lepiej, a on nie odróżnia kolorów, że jest nieudacznikiem życiowym, kawałkiem chama, że go nie ma wtedy, kiedy być powinien, że co z niego z facet, jak nawet nie wie, jak do lśniącego purpurą auta włożyć szezlong, lampę oraz długi i niemy jak droga powrotna – stół.
Nam jakoś udaje się przebrnąć przez tę idyllę bez większych emocjonalnych strat. Może dlatego, że nie jesteśmy małżeństwem, ani nawet rodziną? Może dlatego, że lubimy się mimo różnych gustów, zarysowanych szafek, ukruszonych kafelków, ogołoconego konta, mimo ciągle pustego salonu i kuchni pełnej wad.