Sobota jest zawsze dniem porządkowania myśli. A może tylko pretekstem, by naprawdę nie sprzątać? Jeszcze mieszkając i żyjąc w Warszawie doświadczyłam tego, że w wolnym od pracy dniu dochodzą do głosu myśli, uczucia, emocje, które zostawiamy na poboczu pędząc od poniedziałku do piątku, w korkach, w tramwajach, w kapeluszach. Ja mam to szczęście, że nawet stojąc w długim jak stonoga korku patrzę na pasące się na łąkach owce, na nietrzeźwych albo niewyspanych baców, na bryczki i prowadzone na łańcuchach krowy, na łagodne pagórki gorczańskie i groźne, dostojne szczyty Tatr. Nie muszę czekać do soboty, by popaść w zadumę, zrobić rachunek sumienia, przywołać swoje postanowienia, wiarę w siebie i w życie na nowo. Mogę przemyśleć wszystko dokładnie, prześwietlić każdą sylabę codzienności, mogę przeprowadzić mentalną rozgrzewkę, by chwilę później stawić czoła wtorkowi czy środzie. Stoję więc siedząc za kierownicą, kiedy myśli zwalniają oglądając się wstecz. Zerkam w lusterko ukradkiem i w oczach brązowych jak łania próbuję zobaczyć Kasię z dawnych lat. Ktoś mi kiedyś napisał, że oczy to zawsze miałam ładne, nieważne czy szczęśliwe, czy smutne, takie same zawsze, mimo lat. Patrzę więc w te rozchmurzone ostatnio nieco oczy i porównuję z tymi młodszymi o kilka jesieni. Kiedyś to miałam życie, myślę sobie, beztroskie, zabawne, śmiesznie lekkie. Wszystko spadało mi jak manna z nieba, co rusz jakaś przygoda, to miłosna, to radosna, zielone alejki, warszawskie knajpeczki, lunchyk, brunchyk, nowa sukienka, stare kino, rower z dynamo, szum wiatru we włosach, oby z dnia na dzień. Niczego się nie bałam, za dużo może nie myślałam, w kolorowych trampkach, w za dużych okularach, tramwajem do pracy, z książką przy zimnej szybie podziwiałam, jaki piękny jest świat. Dziś też jest piękny, może nawet piękniejszy, tylko widzę w nim coś, czego nie widziałam spacerując nad Wisłą za rękę, popijając sojowe latte w towarzystwie koleżanki, jedząc lody samotnie lub u boku psa. Kiedyś świat był taki łagodny, spolegliwy, poddany, taki na życzenie, bez większego trudu, nie tak, to inaczej i już. Wszytko samo się jakoś układało, albo nawet waliło, ale bez większych konsekwencji, bez nowej zmarszczki, a tu nagle trzask, prask. Z zadumy wyrywa mnie odgłos pędzącego pociągu, którego tempo próbuje przywołać rytm tego dnia. Ja uparcie wracam myślami w czasy, kiedy o nic nie musiałam się martwić, bo wszystko układało się łatwiej niż klocki lego. Praca nie ta, to inna, zawsze jakiś swój, bezpieczny kąt. Na każdym rogu jakaś pomoc, jakaś przyjaciółka, troski odchodziły szybciej niż przychodziły, zawsze miękkie lądowanie, zawsze jakiś azyl, pocieszenie, pudełko lodów albo butów na otarcie łez i hop w tramwaj lub na rower po kolejny cel.
A dziś siedzę stojąc w korku i myślę o tym, jak trudne jest życie, jak daje w każdą moja drobną kość. Elegancka kobieta w lśniącym nowością aucie stojącym przede mną skrupulatnie maluje usta amarantową szminką zapewne nie myśląc teraz o tym, o czym myślę ja.
Jesień jest taka piękna i taka smutna, czas ślubów i pogrzebów, czas opadających liści, siwiejących skroni, oszronionych dachów, treningów o wschodzie słońca, zmarzniętych dłoni, wilgotnych policzków i gęstej jak bita śmietana mgły. Tej jesieni nasze psy jeszcze nie biegały. Trzynaście par brązowo – niebieskich oczu spogląda pytająco: jesteśmy gotowe, podtuczone, spragnione, co jest nie tak? Wszystko jest, jak ma być kochane pieski, tylko życie nam się nieco spóźnia, tylko nasza nowa baza, nasze miejsce, nasz dom potrzebują jeszcze kilku pożółkłych liści, by wpuścić nas w swoje wyczekane progi. Jeszcze szczęście jakieś niegotowe, rozczochrane w pomiętym deszczowym płaszczu, gdzieś się zagubiło między tym co było, odeszło, nie powróci, a tym na co właśnie nadchodzi najlepszy czas. Ale nie martwcie się cudowne pieski, już niedługo ruszymy w długą podróż o świcie, wasz ciepły oddech zagubi się poród traw, wasze najcudowniejsze, zwinne łapy zaprowadzą nas na nowy szlak. Już niedługo znów będziemy wszyscy razem, bezpieczni, spokojni, pełni energii, by dalej biec. Już za kilka październikowych zakrętów wyjdziemy na prostą pod atramentowym niebem, a i szczęście weźmiemy na przejażdżkę, bez względu na to, czy gotowe już jest nam dotrzymać kroku, czy może jeszcze nie.