Są poranki kiedy palce szaleją po klawiaturze podstarzałego laptopa, aż ciężko im złapać oddech, trudno je zatrzymać. Rozpędzone, nakręcone, natchnione wyprzedzają myśli i słowa. Miękkie opuszki odnajdują bezbłędnie rozproszone litery, zdania same układają się jak puzzle, frazy piszą się mimochodem niczym dobry wiersz. Odkrywam, że kiedy czuję się gorzej, kiedy napięcie i presja otoczenia chcą zburzyć mój skryty na dnie Dunajca spokój, a nie mam siły na sobotnie układanki, dobrze zacząć porządki od rozproszonych myśli. Wtedy najczęściej nie planuję tego, co napiszę, tylko siadam na moim tymczasowym bujanym fotelu i czekam, w którym kierunku zaprowadzą mnie rozbiegany umysł i giętkie palce.
„Chodzi mi o to, aby język giętki powiedział wszystko, co pomyśli głowa..” cytat Juliusza Słowackiego zapisał się sam, jak dziwny sen, który wraca bezwiednie. Cytat wygrawerowany gdzieś w holu liceum, wspomnienie surowych wychowawców, elitarnej szkoły, w której nie nauczyłam się historii, matematyki, geografii ani interpunkcji ale doszłam do perfekcji w ciągłym podnoszeniu wymagań, kształtowaniu ambicji, dźwiganiu wyimaginowanej poprzeczki, która choć niewidzialna zwykle nie do przeskoczenia. Może dlatego wylądowałam na AWF’ie a nie na Viadrinie?
Dziś, mimo ucieczki w góry przed maratonem gryzoni i skokami w siną w dal, ciągle rozprawiam się z moim podświadomym zamiłowaniem do lekkoatletyki. Mimo długoletniej pracy nad sobą i ciężkich doświadczeń poprzeczka lubi wyznaczać kolejny cel, zwykle trudny do osiągnięcia nawet dla tych wyskakanych.
Na lekkoatletycznej arenie zwanej życiem ratuje mnie auto-świadomość i los, którego ja wolę nazywać Bogiem. To pierwsze nie przyszło samo, ale drugie dostałam zupełnie za darmo, choć w tej sytuacji bardziej adekwatne byłoby – w spadku. Żeby nie siać dewocji, na potrzeby bloga określmy to szczęściem. Tak, mam w życiu dużo szczęścia.
Więc następnym razem, kiedy ktoś zapyta mnie jak dajesz radę, jak sprawy, jak dom, jak praca, jak psy, jak sypiasz, co jadasz, co teraz..? Odpowiem cytatem z leżącej obok na nieodkurzonej jeszcze podłodze książki – na zewnątrz beznadziejnie, ciągle kolejne kłody, już nie mówiąc o poprzeczkach, ale w środku święty spokój.