Ciężko znaleźć czas i ochotę na pisanie, kiedy wypracowany w trudach codzienności rytm i początki harmonii znów wywracają się do góry nogami. Od kiedy zmieniłam miejsce zamieszkania szukam równowagi w otaczającym mnie wirującym świecie. Tyle razy w moim życiu na biegunach szukałam złotego środka, tyle razy już wydawało mi się, że mam swoją receptę na bycie szczęśliwą, mam swojego Boga, liche bo liche, ale zdrowie, ukochanego mężczyznę, piękne krajobrazy, przyjaciół, psy. Wtedy, kiedy podjęłam decyzję, że przenoszę się w góry, że podejmuję ryzyko, jakiego niektórzy nie podejmą nigdy, choć chcieliby, wtedy zamiast spokoju pojawił się uporczywy ból głowy, drętwienie rąk, ucisk w klatce i gardle, palące skronie, płytki oddech. Wtedy, zanim ktoś mądry powiedział mi, że to lęk przed nieznanym i permanentny brak wiary w siebie i w swoje decyzje, straciłam mnóstwo czasu i energii na poszukiwaniu zagubionej gdzieś między Warszawą a Jaworkami odpowiedzi. Mniej więcej wtedy nauczyłam się modlić, ćwiczyć, tańczyć, gotować, ale nawet to nie pomogło mi uporać się z samą sobą. Nie sądzę, żebym już wtedy coś przeczuwała, nie sądzę, żebym bała się tego, co dopiero nastąpi, bo przecież tętniące miłością góry i doliny, srebrny księżyc nad wiatrakiem i łanie za oknem mogą uśpić każdą czujność.
Kiedy świat wali się jak domek z kart, masz odpowiedź, dlaczego źle się czujesz, dlaczego boli Cię to, co ma boleć, cierpisz, bo zaznałaś cierpienia, płaczesz, bo doświadczyłaś ogromnej straty. Ale co, jeśli wszystko wreszcie zaczyna jakoś się układać, co jeśli przybywa psów, dobrych ludzi i chwil, los powoli zaczyna wynagradzać kawę słoną od łez, pościel gładką od nieprzespanych nocy. Co jeśli mimo bezpiecznego kąta wyczekiwany spokój nie przychodzi, bo ginie lub trafia pod inny adres? Teraz już wiem, że pewne rzeczy docierają do mnie z opóźnieniem, niczym leśne echo. Że mimo mijających miesięcy i pozornej równowagi czas nie jest dla mnie zbyt łaskawy. Teraz już wiem, że na początku napędzana adrenaliną niczym mały samochodzik gnam przerzucając kolejny bieg. Ale kiedy samochodzik zwalnia, kiedy kończy się motywujące do walki paliwo wreszcie nadchodzą chwile zadumy, postój na dłużej.
Świadoma swoich słabości i lęków, napięta jak struna wchodzę w stado trzynastu psów. Wypuszczone z kojców zwierzaki w szale otaczają mnie z czterech stron nieprzewidywalnego świata. Rękami bronię się od nachalnych pieszczot, a na stopach czuję ciężar dziesiątek łap. Ciepła liniejąca sierść lepi się do mnie jak rzep. Nie przeszkadzają mi ostre pazury na plecach, sine od miłości łydki, nadwyrężone lędźwie. Napawa mnie duma, rosnę w siłę, bo skoro jestem w stanie zapanować nad taką bandą tym bardziej mogę stawić czoła życiowym wyzwaniom, których nie chce ubywać, mimo szczerych modlitw i świętych próśb.
W międzyczasie, w czasie niepisania i kolejnych kart kalendarza, Grześ oddaje do naprawy mój stary rower, którym przemierzałam dawno temu drogę do pracy, rower, który kojarzy mi się z wolnością, beztroską, młodością. Obcinam włosy, jakbym chciała odciążyć zmęczony kark i ciężką od myśli i wspomnień głowę.
Staję na moim tymczasowym tarasie i znów wybiegam w piękną przyszłość, która na pewno szykuje dla mnie jeszcze wiele dobrego. Rozmawiam z czasem, któremu wybaczam, że jeszcze nie jest gotów, by mnie całkowicie wyzwolić, rzucam pytające spojrzenia Dunajcowi, niczym kaczki, te nasze sprzed kilku dni. Czuję się onieśmielona spojrzeniem nieba, które nie spuszcza ze mnie wzorku, które widzi wszystko. Stoję dumna, jak strzelisty wiatrak, który choć przeniesiony z Mazowsza uparł się, żeby tu być, który choć tyle już złego doświadczył nie runął, który stracił właściciela, a teraz traci mnie. Stoję wpatrując się w oddalone siwe grzbiety Tatr. Przeczesuję zimną i spierzchniętą dłonią krótkie, miękkie włosy i nie zastanawiając się zbyt długo postanawiam coś jednak napisać, kończąc w ten sposób pewien etap i jakiś tam dzień.