To było lato, sierpień. Gorące, parne, słoneczne. Radosna pora roku w żaden sposób nie zwiastująca jesiennej tragedii. Nowe pieski przywieźliśmy nocą. Czuwałam z nimi na budzie kilka godzin, zanim zasnęły zagubione i wystraszone po długiej podróży w nieznane. W Kamyku zakochałam się od pierwszego zderzenia, dosłownie, bo pies o mało nie złamał mi nosa okazując swoją bezlitosną miłość. Nigdy wcześniej nie miałam tak olbrzymiego zwierzaka. Jego gabaryty mnie przerażały, ale równie wielkie, jak masa serce szybko stopiło moje. Imponowała mi jego siła, sprężyste mięśnie, muskularne łapy i łagodny jak u szczeniaka pysk. Dziś, kiedy przytulam się do jego miękkiego, grafitowego grzbietu, czuję się tak bezpiecznie, jak wtedy, kiedy jako mała dziewczyna wdrapywałam się na kolana taty. Pamiętam gryzące wąsy ojca i bystre spojrzenie zza krzaczastych brwi. Spojrzenie najłagodniejsze z możliwych, a jednak potrafiło spłoszyć wszystkie koleżanki i kolegów niestety. Tata kiedyś groźny i surowy dziś jest uosobieniem łagodności. Dużo o nim myślę, zwłaszcza teraz, kiedy wylądowałam z hukiem w jego rodzinnym mieście. Lubiłam Nowy Targ jako dziecko. Lubiłam wyjeżdżać z rodzicami w góry, odwiedzać babcię o długim, grubym, kruczoczarnym warkoczu, który obcięła dopiero na niedługo przed śmiercią. Pamiętam doskonale wyczekiwane spojrzenie w oknie na piętrze, pamiętam jej zapach, jej wzrok, zmarszczki, grymas. Babcia dożyła pięknego wieku, w przeciwieństwie do mojego męża, który leży dziś kilka alejek dalej od rodzinnego grobu Dudków i kilkaset metrów od domu, w którym teraz mieszkam. Dziś to miasto kojarzące się z beztroskimi wakacjami nabiera nowego znaczenia, dziś ratuje mnie od bolesnych traum, dziś pozwala mi się schować w bezpieczny kąt.
Spoglądam na niespokojny nurt Dunajca i rozmyślam, na który tym razem brzeg wyrzuci mnie los. Czy nie utonę w strugach deszczu, albo w gorzkich łzach? Zastanawiam się czy Staś widzi co się dzieje z nieba, czy jest mu przykro, że ciągle się tułam, szukam, czy on już wie, jak zakończy się moja podróż i czy, tak jak na Kamyki, zawsze czeka pełna miska i ciepła buda, tak i na mnie czeka gdzieś niedaleko światło kominka, kawałek skoszonego trawnika, może jeszcze coś.
Pocieszenia szukam w pisaniu, sensu w dobrych ludziach, którzy dbają o mnie tu, gdzie jestem i troszczą się o mój spokojny sen. W każdej chwili mogę stanąć na moim tymczasowym balkonie, mocno chwycić się poręczy i zawyć do księżyca, który ma wszytko w pełni. W każdej sekundzie mogę zbiec do ogrodu, o który pieczołowicie dba mama Grzesia, albo wypuścić na wybieg trzynaście psów i zatracić się w miłości do nich. W każdym momencie mogę dać się zaprosić na spacer w soczystej zieleni i łaskoczących łąkach w poszukiwaniu najprawdziwszego z prawdziwków. A wszystko w oczekiwaniu na to, że rwący potok w końcu się uspokoi, że jakiś dobry wiatr rozgoni burzowe niebo, że kolejna praca, przeprowadzka, tułaczka, człowiek wynagrodzi mi przewlekły tymczas.