Pewna Pani napisała, że oczami wyobraźni widzi moje szmaragdowe łąki, moje piegi na nosie, moją samotną wieś i moje popielate psy. Inna, że chciałaby ten mój kawałek nieba zobaczyć, poczuć na własnej skórze, powąchać, skosztować, napić się ze mną pod sklepem złotego El Sol.
Zastanawia mnie czasami, co mają przed oczami czytelnicy, jakie obrazy kreują moje słowa, gdzie ich prowadzę? Czy chodzą tymi ścieżkami, którymi chadzam ja? Mój barwny świat z mojej perspektywy, moimi brązowymi oczami to, choć tylko moja osobista wizja, łączy w sobie kilka żyć.
Nie zawsze jest jednak tak kolorowo i szmaragdowo. Zwłaszcza kiedy trzeba zejść z gór i załatwić kilka przyziemnych spraw. Weźmy na warsztat chociażby ostatnią wycieczkę do Nowego Targu. Wstaję wcześniej niż zwykle, żeby zmagazynować potrzebny czas. Pieski poruszone nieludzką porą niechętnie wychodzą z bud.
Zaniepokojone tempem karmienia i mechanicznym głaskaniem liniejących grzbietów już czują, że dziś jest jakiś inny plan. Nie wpływa to całe szczęście na ich apetyt. Wbrew przeciwnie. Lepiej zjeść na zapas na wypadek, gdyby pani nie wróciła, albo w między czasie wybuchła wojna. Ale mimo wszystko nawet, jak brzuszki pełne w powietrzu wisi smutek. Najgorsze są spojrzenia. Spojrzenia, kiedy obejmuję dłońmi kierownicę i wrzucam pierwszy bieg. Aż płakać się chce. Te wypełnione niepokojem oczy odprowadzają mnie aż za most. Oby te kilka godzin przeleciały nam, jak młody szpak.
Moja trasa do miasta wygląda zazwyczaj podobnie. Nie ma zbyt wielu możliwości na drodze Jaworki – Nowy Targ. Po plus – minus godzince osiągam cel. Miotam się przez chwilę w korkach, po czym porzucam, oznaczone bilecikiem parkingowym, auto. Zostawiam wizerunek wieśniaczki na oklejonej sierścią szarej tapicerce i w sukience z mieszczucha podążam znaną, utartą ścieżką. Na początek, niekoniecznie dobry – światełko nadziei na cmentarzu, cicha albo głośna modlitwa, w zależności od tego na jakim poziomie jest smutek i żal. Coś zostawiam, coś zabieram i odchodzę ciągle jeszcze oglądając się wstecz.
Na tej samej ulicy, wzdłuż której na wzniesieniu znajduje się las krzyży, mieszka Grześ. Odwiedzam go jeśli nie przypada akurat pora karmienia w schronisku albo On nie ratuje właśnie nowym domem starego psa. Witam się czule z jego małym siostrzeńcem, który wszystkie ciocie nazywa ciocią Kasią i krzyczy na mój widok, że aż w sercu hurra. Pod tym samym adresem mieszka oczywiście jeszcze cała reszta „psów na biegunach„, które bardzo mnie lubią, bo pachę podobnie jak ich pan.
Po zakrapianej miodem kawie czas wreszcie poszaleć na zakupach, a jest gdzie, bo stolicą Gorców można by nazwać Nowy Targ.
Butiki, sklepiki, ciuszki, fatałaszki, regionalne koszmarki, lumpeksy, szmateksy, chiucholandy, kupciuszki. Jeśli więc naprawdę zapragnę poszaleć z modą wybieram raczej shopping online. Ale Rossmann’a nie ominę. Tego wirtualnie nie da się przeżyć. Odkręcić wieczka, powąchać, posmarować, nabłyszczyć, nacisnąć tubkę, jak nikt nie patrzy. Koszyczku napełnij się i stówka pękła. Zgłodniałam od tego wszystkiego, więc zanim naprawdę zacznę załatwiać szereg pilnych spraw, koniecznie muszę coś zjeść. I tu opcje są co najmniej dwie. W zależności, czy głód jak u Akitki, czy jak u Kamyka. Ja dziś zdecydowanie mam ochotę na więcej – zatem witaj McDrive. To jedna z moich ulubionych atrakcji, może dlatego, że jedyna?
Długo szukam stolika w ukryciu, ławeczki „na polu”, ale niestety nie znajduję nic wśród szmaragdowych traw. Jak to często w takich miejscach bywa, całą restaurację w jednej chwili wypełnia wygłodniała wycieczka. Uciekam stamtąd czym prędzej bogatsza o nowe kalorie i postanowienie, że to już ostatni raz. Ale miło wraca się autem do domu sącząc waniliowego shake’a, jakoś łatwiej wtedy nie myśleć o tym, że nie załatwiłam żadnej z zaplanowanych spraw.