Pracę nad tekstami dla pewnej projektantki przerywa mi niespodziewana wizyta M. Chętnie odrywam się od gorącej klawiatury, z entuzjazmem, bez rozwiązywania sznurówek wskakuję w sportowe buty i wybiegam Jej na powitanie.
M., jak zawsze elegancka, kobieca, uśmiechnięta parkuje auto vis-a-vis wiatraka, którego smutną historię zna. Ja w stroju „wieczny luz”, w towarzystwie kontuzjowanego psa, czuję się lekko zakłopotana u boku tej uroczej damy w zgrabnych czółenkach, ale co tam. Przyjaźnimy się, lubimy, akceptujemy i łączy nas zdecydowanie więcej niż codzienny strój.
Poznałam Ją w czerwcu ubiegłego roku, trzy miesiące po tym, jak tragicznie zginął Jej mąż. Doskonale pamiętam gorące lato, spocone dłonie, płytki oddech i chwilę, w której na zakładowej stołówce powiedziała, że niedawno pochowała męża. Wtrąciła to gdzieś między zupę, a drugie danie, między przed lunchem a po, między gest odgarniania kasztanowych, fikuśnie upiętych włosów, a „smacznego”. Zupełnie jakby chciała o tym powiedzieć i w tej samej chwili o tym zapomnieć. Jakby stało się coś strasznego, a jednocześnie nie stało się nic. Doskonale pamiętam swoje myśli, jak nie mogłam uwierzyć w to co słyszę, jak z podziwem przypatrywałam się tej dziewczynie w kanarkowej sukience, nie wiedząc jeszcze, że to nie przypadek, że niedługo będę czerpać z niej wzór. Pamiętam ogromny niepokój i tajemniczą więź, której uzasadnienie znalazłam dopiero kolejne trzy miesiące później, kiedy zginął mój mąż.
„Powinnyśmy być koleżankami z porodówki, a nie z cmentarza” – żartuje na czarno, kiedy spacerujemy szutrową drogą wzdłuż rezerwatu. Uśmiecham się przez łzy i opowiadam Jej, jak sobie radzę z codziennością, ze sobą, z pracą w mrocznym pokoiku z jaskółką i bandą nieposłusznych, ale ukochanych psów. Obserwuję, co jakiś czas Jej zgrabne czółenka i pytam, czy na pewno ma czas, by je ubrudzić. W sumie dawno się nie widziałyśmy, ostatni raz chyba wtedy, kiedy zwolnili mnie z pracy i wylałam w Jej sukienkę kilka słono-gorzkich łez. Ryczałyśmy wtedy chórem i zupełnie nie dlatego, że nie będziemy już się spotykać na zakładowej stołówce i jeść na czas.
Jest pięknie, pogodnie, spokojnie, pastelowo, w oczach odbija nam się słońce. Salomka wyrywa mi dłonie z nadgarstków, uciekamy myślami w przyszłość, wyobrażamy sobie świat za kilka lat. Tym razem ja żartuję, że czekam, co tym razem dobrego Jej się przydarzy, bo chwilę później przecież to samo zdarzy się mnie.
Na drodze do miejsca, zwanego przeze mnie tymczasowo – domem, spotykamy małą ziębę. Jak przystało na koleżanki z porodówki od razu chcemy się nią zaopiekować, nakarmić piersią, uwić jej gniazdko, wychować aż do dnia, kiedy nabierze sił i wzbije się w pierwszy lot. Niedługo później dowiadujemy się, że takiego podlotka jednak należy zostawić, skąd się go wzięło, że natura lepiej sobie z nim poradzi niż niedoświadczona matka, Ona, czy ja.
Zanim odprowadzę M. do auta przechodzimy jeszcze kilka razy przez betonowy, muzyczny most. Oddajemy w ten sposób hołd jej ś.p. mężowi, który zawsze chciał przez niego przejść.. Ciężko jest się rozstać, kiedy dwie młode wdówki mają tyle wspólnych spraw. W końcu jednak nadchodzi ten moment, w którym mimo kolejnej fali wzruszeń czas się pożegnać.
Może to i dobrze, bo nawet ten, wydawałoby się niezniszczalny, betonowy most może kiedyś nie wytrzymać i pęknąć..