W Muzycznej Owczarni trwa majówkowe szaleństwo, drewniane bale pękają w szwach, wszystko huczy, wszytko gra. Tłumy przelewają się przez betonowy most, flesze strzelają, selfie krążą światłowodem, psy pobudzone jeżą grzbiety, popisują się, walczą o obce pieszczoty, prężą jędrne łapy i błyszczącą sierść. Duma mnie rozpiera, jak podglądam to moje niesforne stado przechadzając się ukradkiem z przewieszonym przez przedramię plastikowym wiaderkiem. Przedramiona mam umięśnione od głaskania Kamyka, muśnięte pierwszym słońcem, piegowate.
Lato przyszło zdecydowanie wcześniej niż cztery lata temu, kiedy pojawiłam się tu pierwszy raz. Cztery lata temu było burzowo, serce miałam złamane, padał grad. Co ja bym wtedy dała, by być po tej stronie, po której jestem teraz. Oddałabym wszystko, by dowiedzieć się, jakie tajemnice skrywa strzelisty wiatrak. Życie bym sprzedała, żeby wkraść się w ten magiczny, artystyczny świat.
A dziś chowam się za okularami, unikam spojrzeń, powitań, pytań, dziś chciałabym stać się niewidzialna, albo uciec z psami w stumilowy las. Dziś chciałabym choć przez pół sekundy umieć spojrzeć na to miejsce oczami młodszymi o te kilka lat.
Smyczki nastrojone, struny rozśpiewane, fortepian pewnie lśni, nie wiem, mogę tylko zgadywać, bo prawie nie bywam tam, skąd kiedyś nie chciałam wyjść.
Siadamy o poranku na tarasie otulonym winem, ja niespokojna, Ona niewyspana, lekko rozczochrana, w szlafroku w niebo pełne gwiazd, opowiada mi o tym, kto był, a kto grał. Sączymy parzoną kawę, porównujemy opaleniznę na łydkach, podglądamy szpaki w karmniku pod dębem i trzydniowego źrebaka, który na padoku tańczy w galopie, mimo że dopiero co przyszedł na ten dziwny świat. Zastanawiamy się nad sokiem z pokrzywy, czy pomoże nam zachować piękno, zdrowie i oszukać czas. Oglądamy kolorowe ciasta na Pintereście, takie proste, bez pieczenia, co byśmy je nawet upiekły gdybyśmy tylko miały składniki, chęci no i czas. Śmiejemy się z opowieści, jak to pewna pani zadzwoniła kiedyś zarezerwować bilet na Ericka Claptona, tak na wszelki wypadek, jakby niedługo grał. Wydłużamy poranne lenistwo oddalając od siebie myśli o codziennych obowiązkach, planujemy wspólny spacer-ucieczkę gdzieś na koniec drogi, gdzieś w połowie dnia.
Czas nie chce się jednak zatrzymać wraz z niedopitą kawą, ani nie chce się cofnąć do porannej rosy, ani o te kilka parzystych lat. To miejsce już nigdy nie będzie takie samo, choć dla większości nic się nie zmieniło. Kolejne cienie przelewają się przez rozgrzany słońcem betonowy most. Wszytko huczy, wszytko gra.