Obudził mnie dziś potworny lęk. Lęk, że tam nic nie ma, że to wszystko bez sensu, że po drugiej stronie jest tylko czarna pustka, niema otchłań, przerażające nic. W sytuacji, w której się znalazłam trudno nie myśleć o sensie istnienia, tajemnicy śmierci, trudno nie zadawać pytań, nie bać się, nie szukać gdzieś między jeszcze tu, a może już tam. I choć często myślę, że moje przetrwanie zawdzięczam głównie wierze, dobrym ludziom i psom, to jednak to pierwsze ma swoje chwile załamania.
Od jakiegoś czasu na mojej drodze spotykam ludzi silnej wiary, Ktoś lub Coś nie pozwala mi zwątpić, choć ciągle przechodzę najcięższą z prób. Przychodzą jednak dni wielkich znaków zapytania, dni, w których nie pomaga najpiękniejsza modlitwa, żadne z przywołanych wspomnień, dowodów, które dostaje na jawie i w śnie.
Otwieram furtkę wybiegu, w której wita mnie niewinny pyszczek Dejzi. Suczka wije się koło moich zmęczonych nóg, merda z gracją ogonem, łasi się, a ja widzę, że z jej motoryką jest już coś nie tak. Dezji nie ma świadomości swojego wieku, nie przejmuje się tym, że czas odbiera jej pokłady sił. Podskakuje radośnie, strzela uszkami, nie duma w gwieździstą noc czy jest Coś, czy nie ma już nic.
Ni stąd ni zowąd przypomina mi się zeszłoroczne lato, burzowe popołudnie, zachód słońca nad Dunajcem, tak dobrze zapamiętany z dzieciństwa Nowy Targ. Nowy Targ o smaku lodów śmietankowych nakładanych metalową szpachelką, trochę taką, jaką nakłada się w nowym domu tynk. Nowy Targ o smaku znienawidzonego kminku plączącego się w jeszcze ciepłym chlebie, którego chrupiących piętek się nie odrywa, bo będzie bolał brzuch. W to parne popołudnie Grześ zabrał nas na lodowisko, gdzie zamiast hokeja była… msza. Pamiętam, jak łzy lały mi się po policzkach niczym górski potok, pamiętam, jak w sercu hulał wiatr, pamiętam, jak modliłam się, by na telebimie nie ukazała się moja zagubiona twarz, by ktoś ze znajomych nie rozpoznał mnie i nie pomyślał, że zwariowałam już do reszty w tym mieście i na tej wsi.
Nie wiem, co jest w ludziach tutaj, że nie mają w sobie wstydu wiary. Mówi się, że w górach bliżej do nieba, że tu Pan Bóg siedzi za piecem, że spaceruje po łąkach, że mieszka w spichlerzu, że fajkę pali, że pokój, że jest. Zerkam na moje psy i szukam w nich odpowiedzi. Boję się o ich starość, o przemijanie, choć one mają to zupełnie koło ogona. Staram się czerpać od Kamyka głupkowatą radość, od Kailan wieczny apetyt nowego dnia, od Akitki beztroskie szaleństwo, od Salome inteligencję, bystre spojrzenie, a od Dezji bezgraniczną wierność, oddanie, mądrość i wielkie serce. Staram się zostawić niepokój w wieczornym spacerze, w garbatych brzózkach, na jaskrawo zielonych miedzach, staram się odgonić powracającą niepewność, jak odgania się stado natrętnych much. Staram się wierzyć tym ludziom, których choć już przy mnie nie ma, tak wiele po sobie zostawili, staram się wreszcie wierzyć tym, którzy ciągle przy mnie są. Staram się oswoić myśli o starości i o przemijaniu, tak jak oswajam kolejnego psa. Staram się ufać, że wiara nie bierze się z naiwności tylko z czegoś, co zdecydowanie wykracza poza moc rozumu, a tym bardziej poza moc słów.