Niestety z tego wszystkiego zaczęłam palić. No może nie palić, ale podpalać, z nerwów, dla towarzystwa, na złość sobie i innym. W związku z tym jestem na siebie wściekła. Ruszam więc tę złość przegonić w las, ruszam na ostatni zimowy trening. Biorę tylko cztery psy, co to dla mnie, myślę sobie, przecież w tym roku turystów woziłam „szóstką”, więc Kora, Salome, Kamyk i Kailan to dla mnie pryszcz. Z pryszczami też ostatnio sobie nie mogę poradzić, ale jak się wcina bez opamiętania gluten i pieguski, daje lizać psom po twarzy, a na koniec, z wspomnianych wyżej nerwów, pociąga dymek, to na alabaster nie ma co liczyć.
Zatem ruszam. Śniegu, jak na lekarstwo, ale Grześ na wszelki wypadek daje mi kotwicę. Pewnie Ci się nie przyda – mówi – nie ma nawet w co wbić, ale lepiej sobie weź. Startuję w mokrym śniegu, zostawiając za sobą marzenia o wczoraj, postanowienia na jutro i cały bagaż myśli i spraw. Jadę na nowych sankach, nie znam ich, są krótkie, gibią się na wszystkie strony, ale to nic, psy spragnione treningu, gnają jak szalone, nawet kiedy pod płozami miejscami śniegu brak. Nie wiem jeszcze dokąd dotrzemy, mkniemy ciesząc się ostatkiem zimy, chłoniemy każdą sekundę, wyprzedzamy tropy łań, ślady lisów, promienie słońca, które już tak bardzo chce grzać moją twarz. Jesteśmy gdzieś pomiędzy, coś za sobą zostawiamy, coś gonimy, czegoś nam ciągle brak.
Moje filozoficzne rozmyślania przerywa hałas szorujących po żwirze sań. Niestety miejscami nie ma zupełnie śniegu, więc zwalniamy, bo podłoże stawia opór. Poganiam pieski beztrosko, żeby nie zrażały się tym, co mają pod łapkami. Mijamy miejsce, do którego tak często przyjeżdżaliśmy z turystami, tu najczęściej robiliśmy postój, albo zawracaliśmy grzecznie, by za chwilę znaleźć się tu jeszcze raz. Pamiętam to ja, jak i na złość doskonale pamięta to też Kora, która nagle bez żadnej komendy zawraca cały zaprzęg. Wyrzucam z siebie kilka tak znanych psom mocnych słów, ale to nic nie daje, one słuchają teraz Kory, a nie mnie. Już obiema nogami stoję na hamulcu, ale jest tak stromo i ślisko, że daje to tyle co nic. Dopiero po kilku wrzaskach udaje mi się wyegzekwować ubłagane „stój”. W sumie mogłabym po prostu dać im zbiec na dół, warunki są fatalne, ale wtedy moja rola ograniczyłabye się tylko do stania na sankach, a przecież mój zaprzęg musi mnie słuchać. Chcę być maszerem czy nie? Nawrotka to nie jedyna kłoda. Walcząc z psami o atencję zauważam, że Kamykowi zaplątała się przednia łapka. Nie ma szans, żeby pozwolić im tak dalej biec. Muszę mu pomóc, myślę sobie, ale o tym wiem tylko ja. Salome, Kora i Kailan mają gdzieś tę łapę, mają teraz z górki, chcą pędzić, chcą biec. Każdy doświadczony choć trochę maszer wie, co zrobić w takiej sytuacji. Mam przecież kotwicę. Wystarczy tylko mocną ją wbić, podjeść do piesków, odplątać kogo trzeba, wrócić na sanki i heja dalej w las.
Próbuję przerzucić sanki bliżej pobocza, tam gdzie śniegu wydaje się być więcej. Jednocześnie staram się zapanować nad wyrywającą się czwórką, gdzie już nawet Kamyk, nie zważając na swoją zaplątaną łapkę w amoku piszczy i wyrywa się za Salome i Korą. W końcu udaje mi się wbić kotwicę w zmrożoną trawę, co daje saniom mały opór. Mały, ale wystarczający, by psy nie mogły ruszyć z miejsca. Tak mi się przynajmniej wydaje w momencie, kiedy podchodząc powoli wzdłuż linki i przypominam psom, że mają stać. Szybko udaje mi się rozplątać Kamykowi łapę, ale dużo wolniej zajmuje mi wrócenie do sań. A może tak mi się tylko wydaje? W każdym razie w ułamku sekundy oswobodzony Kamyk dostaje nowej siły, a cała reszta nie czekając na mnie, jakby sobie to uknuły, w jednym momencie wyrywają kotwicę i ruszają samotnie w siną dal. Przewrócone sanki wydają przerażający odgłos, a metalowa kotwica uderza w zmrożone podłoże. Najpierw biegnę za nimi krzycząc z nadzieją, że to coś da, ale po chwili zatrzymuję się, zaczynam płakać i modlić się, żeby tylko nic nie stało się psom.
Nie wiem ile to trwa, dwie minuty, może dwadzieścia, zanim udaje mi się dobiec na dół leśnej dróżki. Z letargu wyrywa mnie znajome „ok, pieski, ok”, a zza zakrętu wyłania się mój zagubiony zaprzęg. Na płozach, jakby nigdy nic, stoi Grześ. Obok biegnie rozradowana Dejzi. Wszyscy mkną w moim kierunku radośnie, jakbyśmy byli umówieni, że mam tu na nich czekać, że mam tu stać. Rzucam się na pierwszą parę i sprawdzam, czy wszystko z nimi ok, a na usta cisną mi się mocne słowa. Zachowuję je dla siebie, bo Kamyki merdają ogonami, a Kora swoimi niebieskimi ślepiami spogląda na mnie, jakby chciała powiedzieć: ” To co, może masz ochotę spróbować jeszcze raz” ? O to samo pyta Grześ, co najmniej jakby się naradzili. Po mojej minie chyba widać, na co mam ochotę, bo jakieś dziesięć minut później wracamy całą paczką do Akitki, która dziś znów postanowiła zostać na posterunku. Mną targają dylematy, czy się do tego wszystkiego nadaję, co gdyby na dole nikt na mnie nie czekał, co by było gdybym pojechała wyżej, gdybym miała ze sobą więcej psów? „Nie martw się, każdy musi to kiedyś przeżyć” pociesza mnie Grześ.
Ale ja marzę już tylko o dymku, piegusku albo jeszcze lepiej o wściekłym psie.