Dziś moje kochane pieski nie mogę Was zabrać ze sobą, choć bardzo nad tym ubolewam. Dziś ruszam w pewną podróż, na którą właśnie nadszedł najlepszy czas. Pakuję aparat i suchą bułką, pakuję do auta Sylwię i Klarę i machając pieskom na pożegnanie, wpatrując się w ich smutne, pełne niepewności oczy, przejeżdżamy przez potok zostawiając za nim nasze troski i kilka lat.
Prawie dwie godziny zajmuje nam dotarcie do celu, który okazuje się być jednym z bardziej mistycznych miejsc, jakie dane mi było dotychczas odwiedzić. Po drodze mijamy urokliwe słowackie wioski, które tak lubię, puste złote pola, łanie w oddali, zapomniane kapliczki i zadbane cmentarze. Mijamy stoki ośnieżone pełne turystów, Tatry groźne, zachmurzone, zamyślone.
Stary Smokowiec przypomina austriacki ekskluzywny kurorcik, w którym nigdy nie byłam. Odnowiony Grand Hotel zachwyca swoją naznaczoną historią bryłą. Tłumy trochę mnie zaskakują, spodziewałam się chyba opuszczonej prowincji, odludzia, pustki, spokoju potrzebnego do refleksji, ale to nic, myślę, kiedy na wzgórzu dostrzegam pierwszą z rzeźb.
To moja wielkopiątkowa modlitwa, moja pokuta, ten spacer od stacji do stacji, od tego co było, do tego co jest. Idziemy we trzy w zadumie, każda z nas pewnie z innymi przemyśleniami, innym spojrzeniem. Rzeźby oddalone od siebie zaledwie o kilka kroków wyznaczają szlak ku górze, ku niebu. Ta najważniejsza dla nas jest jedną z ostatnich. Monumentalna, dostojna, tajemnicza, a w niej zaklęta odpowiedź. Początek i koniec, Alfa i Omega, jej tytuł, Jego brak. Ja, jak zwykle z nadzieją, że wreszcie dostanę jakąś odpowiedź długo wpatruję się w ten zamknięty w drewnie znak. Nie przychodzi nic poza spokojem, poza pokorą, dumą, tęsknotą i podmuchem ciepłego wiatru.
Wracamy inną drogą jakby spragnione wrażeń, widoków, jakbyśmy chciały wydłużyć ten wielki dzień. Jest jeszcze jedno miejsce, które chcę pokazać moim towarzyszkom podróży a ostatnio życia, ale na opis tego miejsca jeszcze przyjedzie czas.
Z zachodzącym słońcem przekraczamy ten wydawałoby się niezniszczalny most, granicę między wczoraj a jutro, między tu a tam. Przebieram się szybko do psów, jakbym chciała nadrobić te kilka godzin, kiedy musiały na mnie czekać. Tak bardzo nie lubię się z Wami rozstawać moje kochane pieski. Bystre oczka rzucają kilka niewypowiedzianych słów, a ostentacyjne pieszczoty Kamyka przypominają mi, że gdziekolwiek jest początek, a gdziekolwiek koniec, to póki co tu, w wśród drewnianych bud i radosnych łap jest mój mały dom.