Słońce wstało wcześniej niż zwykle, a z nim wstałam ja. Dziś ważny dzień, mam w głowie, kiedy wyglądam przez okienko do moich psów. Cisza na wybiegu oznacza, że dzwonek budzika nie dotarł do drewnianych bud. Ja, jak zwykle lekko poddenerwowana w chwilach, gdy trzeba w krótkim czasie zorganizować się do wyjazdu, miotam się między psami, między kojcami, między słowami.
Grześ przyjeżdża po nas przed czasem, o niczym nie zapomniał, wszystko ma. Pakujemy tylko część psów, więc reszta popłakuje zawiedziona, a ja tłumaczę im, że to tylko chwila, że niedługo wracamy, że nie ma czego się bać.
Jedziemy w kierunku Ochotnicy wzdłuż Dunajca, który dziś płynie jakoś wolniej niż czas. Przy bramie czeka na nas Kaja, macha radośnie, a my jeszcze nie do końca świadomi istoty tego spotkania, wjeżdżamy na parking przy szkolnym boisku. Pod murkiem Ośrodka czeka nieśmiała grupka. Ich opiekunowie czujnie obserwują jeszcze nieznajomych nas. Grześ rozpakowuje sprzęt, a ja pokonując barierę niepewności, lęku, odległości, zabieram ze sobą Akitkę i podbiegam nieśmiało do ciekawskiej gromadki. Większość dzieci od razu reaguje entuzjastycznie, moja Akitka z resztą też. Ja czuję, że jest to dla mnie wielka próba. Mój próg wrażliwość ostatnimi czasy znacznie się obniżył, jestem jak bańka mydlana, w którą wystarczy dmuchnąć, a pęka pozostawiając po sobie tylko mokry ślad. Wzruszenie przychodzi od razu, pełne szczerych emocji twarzyczki dzieci rozczulają mnie w pierwszych sekundach. „To co, do roboty?” – woła Grześ i ja zbieram się w garść.
Niektórze sami lgną do nas jak rzepy, inni potrzebują czasu, pomocy opiekuna. Jeszcze inni tylko obserwują nas z bezpiecznej dla siebie odległości. W całej sytuacji najlepiej odnajduję się psy. Akitka, choć mam do niej nieco ograniczone zaufanie, od razu kradnie serce dziewczynki, którą zwą Lala. Moja schroniskowa syberianka kokietuje, daje się ciągnąć za ogon, komikuje, rozwesela. Korusia opanowana, niczym jej pan, prezentuje jak być wzorowym psem zaprzęgowym i psem terapeutą. Bez żadnych oporów mierzy szelki, zakłada i zdejmuje buciki, daje sobie w nieskończoność ubierać wełniane kurteczki, choć jest piętnaście plus. Z każdą chwilą dzieci stają się coraz śmielsze. Nieocenione w przełamywaniu granic są nasze psy, które zdobywają zaufanie dużo szybciej niż my. One bez najmniejszych oporów chcą się po prostu szczerze zaprzyjaźnić. Nie mają barier, nie zastanawiają się co wolno, co wypada, co się powinno, a czego nie. Podobnie jak Pipi, Wikotr czy Zuzia bez zahamowań okazują swój stan. Próbuję odzwierciedlić te emocje na zdjęciach, ale na te ważne chwile nie mam ani zdjęć ani słów.
Z planu, na mini prezentację tego czym się zajmujemy, niewiele wychodzi, ale to nic, bo dziś najważniejszy jest kontakt dziecko – pies.
Wracamy z nowym doświadczeniem, z myślami o dogoterapii, o rozbudzonej chęci pomagania innym, z nowym sensem tego, co jest.
To spotkanie tylko utwierdza mnie, że idę w życiu w dobrym kierunku, że psy są niezastąpione tam, gdzie człowiekowi brakuje odwagi, gdzie rozum zaczyna płatać figle, gdzie kontrolę przejmuje podświadomość, uprzedzenia, lęk.