W wiatraku regalik z kołderką kurzu, na niej pięterkami książki i albumy. Wertuję papiery, przekładam, odkładam, niektóre zostawiam, inne palę w kozie. W ręce mi wpadają stare fotografie, choć nie takie stare, sprzed trzech lat zaledwie, ale są też starsze, choć nie leżą na półce, mam je przed oczami, stop-klatki, wspomnienia. W bluzce atłasowej z uplecionym kokiem, może pod krawatem na bujanym fotelu, z lisem wokół karku, z woalką nad wzrokiem, z ciocią Krysią pod ramię, pachnącą starością, może z wujkiem w kancik, z bratem o laseczce. Ciało proste na wdechu, pępek w kręgosłupie, profil lewy lepszy, uśmiech po retuszu, pstryk, flesz, po wszystkim. Tacy oni mili, tacy cukierkowi, lukier się przelewa, flaszeczki pękają. Warkocze, tapiry, szminki na policzkach, życzą sobie najlepiej w zdrowiu i w chorobie. Ale jak się nóżka niestety podwinie, albo jak obcasik niechcący ukłuję, albo głos zabierze odmienna opinia, to się kartki w albumie nieszczęśliwie skleją, to się zdjęcie prześwietli, albo nie wywoła, wpadnie hen za kredens, nikt go znaleźć nie zdoła.
Na kanapie przy kozie grzeją się dwa pyszczki, Kailan smukła jak Twiggy, Kamyk z wielkim sercem, parka jak z obrazka. On jej wylizuje wybiegane łapki, ona jemu uszka mozolnie, z uczuciem. Wzrok na nich zawieszam, na zdjęciu uwieczniam, choć one nie wiedzą, co to fotografia. Dziś dzień mam gorszy zwierzam im się szczerze, a one merdają ignorując smutek. Nie ważne co mówię, brzmi zapewne jak „spacer”, bo ognień z kominka roznieca ich oczy. Po chwili zadumy, wspólnego milczenia, wracamy na wybieg gdzie stęskniona reszta. Akitka zazdrosna, Dejzi obrażona, jak dzielić tę miłość by każdemu ździebełko, by nikomu nie brakło? Salomka głosikiem jasnym jak płomyczek puentuje dzień lepiej niż niejeden poeta.
Wracam do wiatraka zgasić ognień, wspomnienia. To pierwsze jak zwykle wychodzi mi lepiej.