Wstaję ostatnio zdecydowania za późno, wyglądam przez moją jaskółkę i myślę sobie, że mam kochane psy. Śpią tak długo, jak długą śpię ja, jakby rozumiały, że wreszcie muszę odpocząć. Dziś mija pół roku, dziś czas nie chce leczyć ran.
Schodzę do pachnącej świeżą, mieloną kawą kuchni, schodzę w nowym szlafroku w tysiące gwiazd. Siadam przy drewnianym stole i jak co dzień zaczynam opowiadać, jakie miałam sny, czy spokojnie minęła noc.
Ona już od kilku godzin krząta się po domu. Pranie powiewa na parcianym sznurku, owsianka bulgocze, bigos dla muzyków robi się przecież sam. Córkę odwiozę, przywiozę, raz dwa, na obiad pomysł już mam. W pistacjowej miseczce tańczą orzeszki, rodzynki, pesteczki, te wszystkie nasionka zdrowe, że chia chia. Jak to dobrze, że mamy Biedronkę, mówimy sobie przy śniadaniu, że do nas też dociera ten zdrowy, eko, nowoczesny świat.
Popijamy tę lepszą, niż w najmodniejszej, śniadaniowej, warszawskiej knajpie, owsiankę kawą z kardamonem i albo czytamy, co nam Pismo Święte przynosi na dziś, albo wertujemy FB, jak większość z Was. Ja zdaję relację z nowych komentarzy, że Wam się podoba, to co piszę i że mnie podziwiacie, że jestem taka silna, dzielna, myślę sobie, dzielna to jest Ona, a nie ja.
Leniwie mieszam czerwoną wołową papkę, która tak smakuje moim psom. Niby spokój w stadzie, ale na wszelki wypadek czujnie poruszam się po tej naszej rutynie, bo jak już wiemy, zawsze coś może pójść nie tak. Temperatura poniżej zera zachęca do treningu, ale bez auta, a raczej bez Grzesia, nie mam jak wybrać się do lasu. Przez chwilę kombinuję, jak z tego wybrnąć, bo nie znoszę bezsilności i tego, że póki co, nie mam jak sama zabrać pięciu psów. Pomysły kotłują mi się w głowie, ale żadnego nie udaje się zrealizować, a ja czuję, jak od butów po szalik gromadzi się złość.
W końcu razem z Nią udaje nam się zorganizować spacer na raty, co jest szczególnie bolesne dla tych psów, które akurat muszą czekać na swoją kolej. Kailan ostatnio nauczyła się przeskakiwać przez ogrodzenie, więc o nią boję się najbardziej, zwłaszcza kiedy ruszamy z huskymi. Ciarki mi przechodzą, kiedy słyszę skowyt pozostawionej reszty. Przypomina mi się ujadanie trzech tysięcy psów w schronisku. Moja Akitka miała farta, ale większość jej kumpli z przytułku nie było na spacerze pewnie do dziś.
Wykończone wracamy do pastelowej kuchni w drewnie, kuchni którą jeszcze tak niedawno Ona samodzielnie pomalowała od deski do deski. Na patelni skwierczą racuchy z bananami, a my śmiejemy się albo ocieramy sobie wzajemnie łzy. Nie mogę wyjść z podziwu, ile siły mają w sobie kobiety na wsi wrzucone w rolę gospodyń, matek, żon, a czasem gospodarzy, wrzucone w te role, czy im się to podoba, czy nie. Ja wcześniej, jak mi się wydawało, doświadczona przez życie, dopiero uczę się, jak wyglądają prawdziwe trudy codzienności. Z czym mierzą się kobiety, co noszą w sercach, czego mogą się bać. „Miastowa dziewczyna przyzwyczajona do ciepełka i komfortu zderza się z wiejską reality” mógłby brzmieć nagłówek jakiegoś brukowca. Brukowca, który świetnie posłuży Jej na rozpałkę w piecu, kiedy mróz zaczyna wkradać się milionami szpar.
Na wsi życie wygląda inaczej, tu rządzą schematy i stereotypy, tu nie ma feministycznych marszy, tu ciężko o wyzwolone kobiety, które lepiej od mężczyzn wiedzą, czego chcą. Tu nie mówi się o samicach alfa, choć ja czuję, obserwuję, że one tu są.
Zacieramy ślady po racuchach, jak byśmy chciały zapomnieć o zjedzonych kaloriach. Czas już szybciej płynie, córka czeka pod szkołą, jeden papieros o smaku czegoś wreszcie dla siebie, czas już zmykać, czas już gnać.
A ja wracam do mojego małego stada i przytulam się do Kamyka, niczym do starszego brata. Spoglądam na oszronione pagórki, galopujące konie na horyzoncie i myślę sobie… dzielna, silna, nie z tego świata, to jest Ona, a nie ja.