Życie na biegunach

13 March, 2018 admin

Idę wąska, leśna drogą, kilka kroków za mną drepcze zmierzch. Na ramieniu czuję jego oddech, ale postanawiam się nie odwracać, tylko twardo stąpam przed siebie. Dochodzę do końca ścieżki, której granicę stanowi górski potok. Strumień jest na tyle głęboki i wartki, że nie mam odwagi dotknąć dna. Spoglądam w lustro wody i w odbiciu dostrzegam złociste spojrzenie. W tej samej chwili po moich plecach spływa stróżka zimnego potu, a do mojej głowy dochodzi myśl, rany boskie, przecież to wilk. Otwieram oczy, bo to sen. Wilku, czy kiedyś w końcu się spotkamy? Może lepiej nie. Czas wstawać i sprawdzić, czy mój dysk wrócił na swoje miejsce. Ostrożnie obracam się na łóżku szukając stopami miękkiej, owczej skórki, która jeszcze niedawno była biała, jak ten wymarzony śnieg. „Jest ok, przyjeżdżajcie.” Wysyłam SMS do Pauliny, inicjatorki programu i organizatorki całego wydarzenia. Zanim doczłapię się do łazienki już postanawiam, że muszę stanąć na sankach, samodzielnie ubrać i nakarmić psy. Jakby to wyglądało, gdyby wszystko za mnie robił Grześ?

Grześ w tym czasie w Nowym Targu nerwowo pakuje psy. Jego mama po operacji kolana na cały dzień ma zostać sama w domu, a Grześ nie znosi kamery, wywiadów, fleszy i zawsze mówi: „Pamiętaj, od takich rzeczy jesteś ty”. Ja rzeczywiście kamery się nie boję, nie wiem, czy oswoiłam się z nią podczas pracy w reklamie, na planach zdjęciowych, czy po prostu lubię być jak ta mała Kasia z „Mini listy przebojów”, przebojowa, a co. W każdym razie dla mnie taki dzień to istny fun.

„Daj mi papierosa” – mówię do Sylwii jakieś pół godziny później. „Ale przecież Ty nie palisz”. „Wiem, ale daj, denerwuję się”. „Czym?” „A, że będę gadać głupoty, że coś się stanie, że nie dam rady z plecami, że zwieją psy, że ludzie będą gadą, no wiesz, to wszytsko z czym walczę, ale ciągle we mnie tkwi.” O tym czy ostatecznie zapaliłam czy nie, nie mogę napisać, bo przecież obiecałam Bogu i Mamie, że nie będę palić w wielki post.

Przez betonowy most imienia Nigela Kennedy’ego przejeżdża biały bus TVP. Ekipa w doskonałych nastrojach wita się ze mną i moją sforą, która nie ma pojęcie, o co ten cały zgiełk. Chwilę później dojeżdża Grześ, a z nim: Kora, Alf, Odi, Abi, Zając i Drzazga. „A gdzie Tofiki?” – pytam. „Zakochane”. No tak, cieczka w kennelu potrafi zniweczyć cały plan.

Maciek, kamerzysta, wchodzi ze mną do kojców i już widzę po jego minie, iż żałuje, że jest tam sam. Psy wariują na jego widok, cieszą się, wąchają kamerę, wiją mu się między nogami. Ja próbuję ubrać w szelki Kamyka, chroniąc jednocześnie makijaż, fryzurę i od złamania nos. Niewiele to daje, bo po chwili Salomka zlizuje mi cały puder, a Kailan podgryza warkoczyk i gumkę. Uff, ubrane, co z męką. „Super było, krzyczy Maciek, możemy to powtórzyć” ? O cholera, raczej nie.

Zapakowani do busa jedziemy w poszukiwaniu zimy. Niestety wbrew prawu wjeżdżamy do lasu, bo obiecany przez nas śnieg odszedł gdzieś hen razem z wczorajszym dniem. W trakcie zdjęć Grześ ma obawy, czy nas ktoś stąd nie wykurzy. Ja w sumie się nie przejmuję, w końcu i tak już we wsi wieszają na mnie psy. Kilka godzin zajmuje nam nakręcenie pięknych ujęć w głębokim, grząskim śniegu. Słońce co jakiś czas wyłania się nieśmiało zza chmurki, jakby chciało sprawdzić, jak nam idzie. Zabieramy Maćka na krótką przejażdżkę. Jest naprawdę pięknie, zapominam o bólu pleców, spoglądam w granatowe niebo i myślę sobie, znowu cud.

Wracamy w przemoczonych butach i chrupiemy prince polo. Żartujemy sobie, że wyszłoby nieco naturalniej, gdybyśmy się przy stracie pokłócili. W domu czeka Akitka i Dejzi. Zabieram je na krótki spacer po rozmrożonych, zielonych łąkach. Ekipa śledzi każdy mój krok, ale mnie jakoś udaje się na chwilę zapomnieć, że mam towarzystwo. Mijam drzewo, pod którym pierwszy raz ze Stasiem schroniliśmy się przed deszczem, mijam rów, w którym Akitka i Dejzi pierwszy raz pogryzły się tak, że polała się krew. Robi mi się smuto, coraz bardziej doskwiera ból, wiem, że za chwilę pojedzie Grześ i znów zostanę sama z całym tym moim życiem na biegunach. Z myśli wyrywa mnie warczenie i szarpanie smyczy.

Wracamy, by na koniec nagrać kilka słów. Grześ w między czasie pakuje swoich dzielnych aktorów i odjeżdża zostawiając na betonowym moście mokry ślad. Cały dzień wszystko przebiega zgodnie z planem. Cały dzień, aż do. Wchodzę na wybieg, żeby zabrać ze sobą do wiatraka Kailan, ale oprócz niej i Kamyka wyskakuje jeszcze Salomka. Moja kochana, grzeczna sunia nawet raz nie spogląda w naszą stroną, tylko leci w długą nie zważając na żaden krzyk. Ja, nauczona doświadczeniem, od razu biegnę po kluczyki do auta, wiem, że nie pomogą nawoływania, wrzask, nic. Kamyki w tym czasie postanawiają zaprzyjaźnić się z kotem sąsiadki. Ale im ufam, że nie narobią głupot, choć są u mnie dopiero niecały rok. Zakłopotana ekipa nie wie, jak mi pomóc, w mojej głowie świszczy tak doskonale znane „mam już dość”. Zza zakrętu wyłania się Salomka. Nie wierzę własnym oczom, ale cieszę się, myślę – wraca, dobry pies. Jest podejrzanie podekscytowana, biegnie jak szalona, a z jej psyka wystaje duże COŚ. O nie, błagam, tylko nie kot. Mój dobry pies po chwili rzuca mi pod nogi trzy czwarte pięknej, władkowej kury. Nie chcę wiedzieć, gdzie jest ta czwarta cześć. Salome za karę ląduje w kojcu. Widzę, że rozpiera ją duma, a podniecony Kamyk czule zlizuje jej z pyszczka krew.

Dziś jest już zwykły, jak każdy dzień. Psy leniwie wylegują się w świeżej słomie, ja zbieram się, by pozałatwiać kilka zaległych spraw. Na drodze przy kapliczce mijam rude pióra, ślady wczorajszej zbrodni. A jednak to wszystko to nie był sen.

Film, który powstał tego dnia można obejrzeć tutaj .

  • Psia ciąża
  • Psie zaprzęgi - treningi i szczeniaki
  • Nasze słodkie szczeniaczki
  • MAMY PARTNERA
  • Kulig z psami, czy zaprzęg z psami?  
  • Zadzwoń i zarezerwuj Zadzwoń i zarezerwuj +48 608-640-446