W poniedziałek będzie u nas telewizja, to ci dopiero heca. Biegam od rana z łopatą, kruszę stary lód. Kamyki wodzą za mną wzorkiem, po czole mi spływa pot. Już żałuję, że dnia nie zaczęłam od psa z głową w dół. To nic. Jak skończę, zrobię koci grzbiet. O plecy należy dbać, zwłaszcza, jak się pracuje przy psach. Głaskanie, karmienie, pojenie, szelki zdejmij, szelki włóż.
Ostatnio, zaraz po tym jak straciłam pracę, stres przypomniał mi, że mam kark. Leżałam obolała na twardej podłodze, wpatrzona w niebo mojego tymczasowego pokoju i marzyłam o białych okiennicach i łaciatym alaskanie. Czy da się nie pracować marketingu i wyżyć tylko przy psach? O tym pomyślę później, teraz trzeba zacisnąć zęby, wziąć się w garść.
Mieszkam jakieś dziesięć kroków od Muzycznej Owczarni. W każdy weekend mnie i moje psy usypia rock, blues albo jazz. Niejeden dałby wiele żeby być tu, gdzie teraz ja. Nad rwącym potokiem, w pokoiku z jaskółką, przy dębie z wiewiórką.
A ja dziś kruszę stary lód, mnie dziś korci, żeby stąd zwiać. W kojcach poruszenie, Salomka zabiera głos, o ho! Mamy gości. Z bordowego, naprawionego po stłuczce busa wyskakują Zając, Zuzia i Baster. Jedziemy sprawdzić czy w lesie jest jeszcze śnieg. Hello - woła Grześ, gotowa? Oczywiście, że nie.
Śnieg spływa żałośnie wzdłuż linii lasu. Termometr wskazuje 10 plus. Psy, co posłuszniejsze, radośnie ganiają dookoła przyczepy, reszta skomle żeby już biec. Dosyć sprawnie udaje nam się zapiąć sześć. Jedziemy na jednych sankach zobaczyć czy zima gdzieś jeszcze jest - "Nie ma źle" - krzyczy za plecami Grześ. Po drodze mijamy świeże ślady lisów i łań. Nad głowami jakieś ptaszysko zatacza krąg. Pewnie w nocy, w lesie polała się krew. Psy zapierają się w ciężkim śniegu, Kailan co jakiś czas spogląda w naszą stronę, czy na pewno ma dalej biec.
Wspinamy się z myślami o poniedziałkowych zdjęciach. Czy jak pojedziemy na szczyt to widoki skradną nam dech? Czy dopisze nam szczęście i wyłonią się garby Tatr? Czy będzie słonecznie pięknie oh i ah. Tak sobie planujemy, gdy czas wracać na dół.
Zjeżdżamy stokówkami. Trochę strach, bo śniegu mało, niby tylko szóstka, ale ciepło, mokro, tępo, a psom na zakrętach momentami brakuje łap. Przystanek na zdjęcie. Zimo mamy cię i już po chwili jesteśmy przy aucie. Tam po spacerku czeka Sylwia i Dejzi, nasz wilk. Ja, zamiast rozbierać psy opowiadam, jak na górze jest pięknie, jak biało, słonecznie, że ja nie chcę wiosny, że na wiosnę nie czas. Już mam w głowie jutrzejszy plan. Schylam się do Salomki, miziam ją, zdejmuje jej szelki i nagle czuję, że już nie dam rady wstać. Niemożliwe myślę, nie teraz, nie to. Zaciskam zęby, biorę się w garść, nie daję po sobie poznać, że jest gorzej niż wtedy, kiedy przypomniał mi o sobie kark.
Godzinę później leżę w bólach na podłodze. Próbuję odwołać jutrzejsze zdjęcia, ale wierzę, że znów się uda, że fighterką jestem ja. Patrzę w niebo mojego tymczasowego pokoju i przez łzy mówię jedno, a myślę: nigdy nie możemy być pewni czy nadejdzie jutro, ale na wszelki wypadek o plecy trzeba dbać.