Psie zaprzęgi, jak to się zaczęło...

25 February, 2018 admin

Sześć lat temu musiało mi w życiu czegoś naprawdę brakować, bo pustkę chciałam wypełnić psem, psem rasy Akita. Znalazłam nawet ogłoszenie na Allegro, w którym jakiś szaleniec chciał wysłać szczeniaka kurierem. Gwarantował dostawę pod drzwi, za symboliczne 1 Euro.

Niedługo później natrafiłam na nieco bardziej wiarygodny anons, tym razem na Facebook'u, Akita - czekała w warszawskim schronisku "Na Paluchu". Akita, to było jej imię, w rzeczywistości była suczką syberian husky, a z tej japońskiej rasy miała tylko zakręcony wdzięcznie ogonek, którym merdała jak szalona na widok każdego zainteresowanego nią człowieka.

Kasia i Akitka na Polach Mokotowskich

Naszej przyjaźni i mojemu poznawaniu rasy nie przeszkadzał nawet wielkomiejski zgiełk. Spacerki w parku, jogging (jeszcze wtedy nie wiedziałam, że to Canicross), szkoła Wesoła Łapka i wreszcie psie zaprzęgi. Początki były trudne, o czym wie doskonale grupa Pozytywnie Zakręceni. Dzięki nim moja suczka pierwszy raz spróbowała swoich sił w zaprzęgu.

Z czasem jednak okazało się, że Akitka to rasowy kanapowiec, ale ja i tak złapałam bakcyla. Wewnętrzna potrzeba, by coś z tym robić, by mieć swój zaprzęg, swoją sforę, by zostać prawdziwy maszerem, rodziła się we mnie gdzieś głęboko choć coraz częściej tłumiona przez warszawską, korporacyjną rzeczywistość.

Całe szczęście kilka lat później los rzucił mnie w góry, do miejsca, w którym można być tylko albo artystą, albo maszerem. Mój mąż był artystą, a ja najpierw freelancerem, potem, gospodynią domową, potem jednym i drugim, a potem wdową. Maszerem zostałam dopiero później.

Chwilę mi to zajęło zanim namówiłam Stasia byśmy razem zeszli na psy. Było to zaraz po tym, jak wróciłam ze swoich pierwszych zawodów psich zaprzęgów. Ten spontaniczny wyjazd do Lutowisk rozpoczął nowy rozdział. Do dziś jestem bardzo wdzięczna mojemu mężowi, że puścił mnie samą w Bieszczady, choć nie do końca samą, bo przecież z Andrzejem Świstem, maszerem z kości i krwi, kilkukrotnym Mistrzem Polski, hodowcą syberianów oraz Grzesiem Jęknerem, byłym hokeistą, również Mistrzem Polski. W tę podróż dla mnie zupełnie w nieznane wyruszyło z nami jeszcze dwanaście psów.

Pan Andrzej bezwzględnie wierny syberianom czystej krwi, doświadczony maszer z Dursztyna, Grześ fan "kundli", miał wtedy pierwszy raz wystartować z alaskanami, no i ja w roli handlera, czyli pomocnika,  ja - właścicielka dwóch suczek bez papierów, ja z marzeniami o swoim prawdziwym zaprzęgu.

Z zawodów chłopaki wrócili ze złotymi medalami, każdy w swojej kategorii, a ja z wypiekami na twarzy i jeszcze bardziej rozkręconym marzeniem, by mieć swój własny kennel. Tej samej zimy jeździliśmy razem ze Stasiem i naszymi suniami na treningi próbując wyciągnąć z Akitki i Dezji co się da. Niestety sytuacja wyglądała beznadziejnie. Akitka na widok szelek uciekała w najgłębszą z bud, a Dejzi, choć niezwykle chętna i ambitna, już wtedy miała 10 lat. Decyzja była prosta, potrzebujemy kolejnego psa. Pan Andrzej i Grześ szybko wybili mi z głowy schroniskowca, ale ja uparta nie chciałam za nic w świecie iść w kierunku szczeniaków, rodowodów i hodowli. Przecież na świecie tyle bid w typie psa zaprzęgowego czeka na dom? Z czasem pragnienie zajmowanie się psami zaprzęgowymi na serio zweryfikowało moje amatorskie podejście.

Kamyki (Kamyk i Kailan), czyli moje pierwsze alaskany, przyjechały do Jaworek z drugiego końca Polski. Ośmioletnie, doświadczone psy, psy które miały tysiące kilometrów w łapach, psy które widziały więcej świata niż kiedykolwiek zobaczę ja, trafiły do Jaworek z misją. To one miały uczyć nas sportu psich zaprzęgów, a nie my ich. Praca z wytrenowanymi psami to ogromne ułatwienie dla początkujących. Mało kto ma taką możliwość.  Dla mnie to było ogromne wyróżnienie. Cudowne psy spadły nam z nieba, z tego samego nieba, które później w zmian postanowiło coś mi zabrać..

W Kamykach zakochałam się od pierwszego wejrzenia i choć nigdy wcześniej nie wyobrażałam sobie obcowania z psami bez futra, tak teraz nie wyobrażam sobie życia bez Kamyków. Wojtek i Greta zgodzili się aby Kamyki u nas zostały. Zapewne nie była to dla nich łatwa decyzja, ale zaufali nam, że pieski będą spełnione i szczęśliwe. Jeszcze wtedy nie wiedzieliśmy, że przeżyją drugą młodość, a Kailan znów zabłyśnie w roli liderki.

Grześ ma w swoim kennelu jeszcze 3 pieski z linii po Kailan. Są naprawdę wyjątkowe. Dosyć, że szczególnej urody, to jeszcze niesamowicie inteligentne, pracowite i silne.

Zuzia, Zając i Drzazga wraz z Kamykami, Basterem, Alfem, Korą i Tofikiem (pozostałymi alaskanami Grzesia) byli z nami w tym roku na zawodach w Lutowiskach. Tak, minął już rok, a teraz nasz wspólny kennel liczy 15 psów ( 9 alaskanów i 6 syberianów). Pan Andrzej nie mógł tym razem pojechać z nami po medal, Banciarnia wymaga dużego poświęcenia, a dodatkowo pojawiły się cieczki i zrujnowały plan treningowy. Ja znów w roli handlera, a Grześ z Mistrzostwem Polski ,wróciliśmy w Pieniny i na Podhale, by kontynuować naszą pasję i nasz psi plan.

W sierpniu ubiegłego roku powstały Psy na biegunach. Dziś pod tym hasłem kryje się nie tylko sport, psie zaprzęgi, przejażdżki dla turystów czy wyczekany kennel. Psie zaprzęgi to niekończąca się przygoda, bez miejsca na lenistwo, na rutynę czy zwykłe "dość". Nasze życie jest bezwzględnie podporządkowane psom. Oczywiście marzą nam się długodystansowe wyprawy, zamarznięte jeziora i zaprzęg tak długi, że we mgle nie widać pierwszego psa. Na wszystko jednak przyjdzie czas. Może kiedyś dane nam będzie dotrzeć na Północ? A nawet jeśli nie, to i tak najważniejsze już mamy, czyli psy i w nazwie bieguny dwa.

  • Psia ciąża
  • Psie zaprzęgi - treningi i szczeniaki
  • Nasze słodkie szczeniaczki
  • MAMY PARTNERA
  • Kulig z psami, czy zaprzęg z psami?  
  • Zadzwoń i zarezerwuj Zadzwoń i zarezerwuj +48 608-640-446